Szanowni Państwo! W naszym serwisie wykorzystujemy pliki cookie. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookie oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo na to zgody, prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Ogórkiem przez Amerykę

Kultowe auto – volkswagen ogórek – na podwórzu, barwne tatuaże na rękach, biografie Nicka Cave’a i Kurta Cobaina na półce i basówka oparta o wzmacniacz pod ścianą. Wystarczy minuta spędzona w ich domu w Mosinie, by przekonać się o tym, że Jess (Aga) i Wrzosu (Bartosz) mają rockandrollowe dusze. Wyglądają jak z kadru „Easy Rider” albo teledysku ZZ Top i właśnie rozpoczynają swoją przygodę życia: wyruszają w roczną wyprawę ogórkiem po Ameryce – od Kanady, przez Stany i Meksyk, po Gwatemalę. A może jeszcze dalej?
Obiecali, że co kwartał napiszą do nas zza wielkiej wody. Na razie – z pewnym niedowierzaniem – dopytujemy o ich plany i stan przygotowań do podróży. Mieliśmy zacząć rozmowę od obgadania amerykańskich mitów, jednak Marcin wystartował na ostro.

Marcin: Na jak długo macie kasę?

Wrzosu: (śmiech) Nie chcemy być dłużej niż rok, planujemy wrócić do Polski w maju lub czerwcu 2020 roku. Liczymy na to, że do tego czasu kasy powinno wystarczyć. Jeżeli się okaże, że są jakieś niespodziewane wydatki, to z czegoś zrezygnujemy – może z wizyty w muzeum, do którego jest drogi wstęp, albo po prostu kilka razy sami coś ugotujemy, zamiast jeść w restauracji. Uruchamiamy też zbiórkę pocztówkową: za dwie dychy będziesz mógł sobie u nas zamówić pocztówkę, więc połowa z tego pójdzie na pocztówkę, a połowa na dalszą naszą trasę.

Łukasz: Skąd i kiedy startujecie?

Aga: Ruszamy 12 czerwca, ale ogórek wypływa 27 maja do Kanady, będzie płynął dwa tygodnie. My startujemy z Poznania do Londynu i potem już bezpośrednio do Halifaxu.

Łukasz: Dlaczego zaczynacie od Kanady? 

Aga: Bo chcemy ją zobaczyć, a swój pobyt w Stanach ustawiamy pod trzymiesięczną wizę turystyczną – jak już wjedziemy do USA, ten licznik zaczyna bieg. Dlatego najpierw robimy Kanadę i potem trafiamy do Stanów przez Alaskę i dalej na południe – żeby w drodze powrotnej dostać kolejną wizę.
Wrzosu: Nie bez znaczenia jest też prognoza pogody – chcieliśmy latem być na Alasce, a zimą w Meksyku. 

Marcin: Jedziecie od północy na południe, odwrotnie niż Michał Woroch, autor książki „Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę”. On, ruszając od południa, nie był już tak podekscytowany Stanami – to był dla niego etap podróży do domu. Bardzo za to emocjonował się Ameryką Południową, gdzie zaczynał.

Aga: My kochamy Stany, byliśmy już tam w 2013 roku – pojechaliśmy zaciekawieni oczywiście kulturą, muzyką, historiami, które znamy z filmów, jednak bez nadmiernych oczekiwań. Po powrocie zaczęliśmy jednak sprawdzać w internecie, ile kosztuje tam ziemia, a później co roku myśleliśmy, żeby wrócić. W międzyczasie miałam też okazję odwiedzić Meksyk i, kurde, bardzo mi się podobało. Stwierdziliśmy więc, że skoro już planujemy wyprawę, to spróbujemy ogarnąć Stany, Meksyk i może też Gwatemalę, bo to pozwoli nam na nowo wystąpić o wizę amerykańską. Meksyk i Kanada nie kasują wizy. Potem pojawił się pomysł, by pojechać na Jukatan, żeby odwiedzić Belize. Tam mieszka nasz znajomy, u którego będziemy mogli zostawić na chwilę busa – wówczas na chwilę śmigniemy na Kubę, a jak się rozkręcimy – to też na Jamajkę. Będziemy mocno improwizować (śmiech).
Wrzosu: Budżet też będzie weryfikował nasze plany. Chcieliśmy np. pojechać na festiwal Burning Man na pustyni w Nevadzie, choć tam dominuje zupełnie nie nasza muza, bilety są jednak bardzo drogie – to kwota, która pozwala nam na miesiąc życia, więc będziemy decydowali na bieżąco. 

wrzosy_wybor-tft2_panorama

Spaliśmy w Dolinie Śmierci. W nocy było 36 stopni Celsjusza. Rozbiliśmy namiot, otworzyliśmy piwo i po drugim łyku było jak gorąca herbata.

Łukasz: Skoro muzyczne konteksty są w waszym życiu istotne, dlaczego nie jedziecie np. legendarną Route 66?

Wrzosu: Połowę Route 66 przejechaliśmy w 2013 roku, fajnie byłoby tam wrócić, ale jest wiele miejsc jeszcze fajniejszych.
Aga: W pewnym sensie jednak dobraliśmy tę trasę pod kątem muzycznym. Planujemy dość dużo czasu spędzić w okolicach Joshua Tree w Kalifornii, gdzie jest Rancho de la Luna. W Joshua Tree urodził się Josh Homme (z zespołów Kyuss i Queens of the Stone Age – przyp. red.). Poznaliśmy tam Teddiego, faceta, który ma lokalną radiostację. Spędziliśmy u niego pół dnia, rozmawialiśmy o Rancho de la Launa i się okazało, że brał udział w dwóch fragmentach ze sławnych The Desert Sessions (muzyczne sesje kolektywu pod wodzą Homme’a – wśród gości m.in. muzycy Queens of the Stone Age, Soundgarden, Monster Magnet i PJ Harvey – przyp. red.), które tam nagrywano. Mamy cichą nadzieję, że uda nam się ponownie do niego dotrzeć. On się tam rozkręcił: poza radiostacją ma też mały klub, w którym organizuje koncerty z pogranicza folku i country.

Łukasz: A macie w planach wizytę w Nashville?

Wrzosu: Tak, chociażby ze względu na naszą miłość do zespołu Dead Weather – Alison Mosshart tam mieszka. 

Łukasz: Nowy Orlean?

Wrzosu: Też. Nie wiem, jak będzie z Los Angeles, bo nie jest nam po drodze. Na pewno będziemy na kalifornijskich pustyniach, bo do nich mamy słabość.
Aga: Głównie na pustyni Mojave ze względu na roślinność, zapachy.
Wrzosu: Uwielbiam zapach gorącego, pustynnego kurzu.
Aga: Poprzednim razem spaliśmy w Dolinie Śmierci. W nocy było 36 stopni Celsjusza. Rozbiliśmy namiot, otworzyliśmy piwo i po drugim łyku było jak gorąca herbata.

Łukasz: Czuję, że już nie wrócicie z tych Stanów.

Aga: Wszyscy nam tak mówią.
Wrzosu: Pierwszy raz byliśmy tam trzy tygodnie i wróciliśmy z mocną depresją, żałując, że tam nie mieszkamy.

Łukasz: Nawet wasz volkswagen ogórek to trochę taki wóz pionierów.

Wrzosu: Od niego też wiele zależy – także to, gdzie dotrzemy, jak to wszystko będzie się działo. Plan będzie się kreślił na bieżąco. Dlatego też nie chcę się upierać przy Burning Manie i myśleć, że gdzieś muszę być na czas. Może jednak wjedziemy do Los Angeles, zobaczymy, jakie w tym czasie są fajne koncerty, i pójdziemy na jeden czy dwa.
Aga: Jest jednak kilka takich miejsc i wydarzeń, na których chcemy być – na pewno najważniejsze to Día de Muertos w Meksyku. Chcemy zdążyć na 1 listopada na Święto Zmarłych.
Wrzosu: Mamy wstępną mapkę i terminarz podróży – najtrudniejszymi miesiącami będą pewnie luty i marzec, bo będzie jeszcze zimno, a my chcemy mieszkać w busie. Ogórek jest przyszykowany, bo mamy ogrzewanie postojowe. Zresztą busa przygotowujemy od lat na różne podróże i co roku coś poprawiamy: zrobiliśmy całe zawieszenie, hamulce, remont silnika – sprawdziliśmy chyba wszystko, co się może zepsuć. Znamy ludzi, którzy pasjonują się starymi garbusami i ogórkami: koledzy z tego grona mocno nam pomagają.

Łukasz: Jak zaczęła się Wasza fascynacja tymi autami?

Wrzosu: Od 20 lat organizujemy zloty garbusowców, jeździmy też za granicę na tego typu wydarzenia. Pierwszego garbusa kupiliśmy, jak byłem na drugim roku studiów. Mnie nigdy samochód nie był potrzebny, więc nie nabyłem go z myślą, że chcę mieć auto, ale że chcę mieć garbusa. Wkręciliśmy się, zaczęliśmy organizować imprezy.
Aga: 10 lat temu, kupiliśmy ogórka i teraz więcej nim jeździmy. Początkowo wyglądał inaczej niż teraz – to była wersja de luxe do transportu ludzi. Woził pasażerów na lotnisko w Finlandii. Pierwsze, co zrobiliśmy, to kupiliśmy rozkładaną kanapę, żeby można było spać, i od zeszłego roku kompletujemy go pod kątem mieszkaniowym – mamy meble, żeby nie żyć na walizkach. Możemy stworzyć małe mieszkanie w środku auta. Mamy baterie słoneczne, które dają nam pewną niezależność, bo produkujemy swój prąd. Będziemy mieć baniak z wodą na górze, żeby był prysznic. Myślę, że damy radę przeżyć na dziko. Podczas tego wyjazdu chcemy być mocno niezależni – fajnie będzie zatrzymać się np. na jakiejś polanie i pożyć w spokoju przez dwa, trzy dni.
Wrzosu: Będziemy mieć zapas ekologicznych kosmetyków, żeby ze spokojnym sumieniem umyć głowę w rzece. Zwracamy na to uwagę.
Aga: Od jakiegoś już czasu przygotowujemy się na takie życie i staramy się żyć zgodnie z ideą less waste i mniej śmiecić, bo nie wyobrażam sobie jechać i tworzyć gigantyczną górę odpadków. Używamy ekologicznych produktów, bo nie chcemy za bardzo ingerować w środowisko. Nasz busik będzie tam jednym z bardziej ekologicznych pojazdów. Trzeba tam spełniać określone normy, żeby być dopuszczonym do ruchu, ale my jesteśmy na szczęście z tego wyłączeni, bo mamy za stare auto. To samochód z 1972 roku, ale nie chcemy, aby uznano go za zabytkowy, mimo że już mógłby być. Nie moglibyśmy nim wówczas wyjechać na rok z Polski, byłaby potrzebna na to zgoda konserwatora zabytków. 

Łukasz: Czy społeczność „ogórkowa” jakoś was śledzi, kibicuje wam? Bo taka podróż to jest duże wyzwanie.

Wrzosu: W Stanach, Kanadzie fani starych volkswagenów są bardzo dobrze zorganizowani, są ich tysiące i wiedzą, że przyjeżdżamy. Mieliśmy problem z polisą, bo wszystkie tabele ubezpieczeń tam kończą się na 1981 roku, nie ma tak starych samochodów. Pisaliśmy do różnych grup z pytaniem, jak możemy to załatwić? Niestety, niewiele nam mogli pomóc, ale pozostał kontakt z ludźmi związanymi z grupą volkswagenowo-garbusową, więc jesteśmy pozapraszani na obiady, spotkania, zloty. Ostatecznie pomógł nam Paweł, którego wcześniej nie znaliśmy – niezwykłe, że obca osoba potrafiła tak się zaangażować. On był gotów wykupić to ubezpieczenie na siebie. 
Aga: W Polsce też dość dużo ludzi nas wspiera. Na przykład kolega z Leszna, który wziął nam samochód na totalny przegląd i zrobił wszystko, co było trzeba. Pod względem technicznym jesteśmy dobrze przygotowani, mamy też chyba wszystkie potrzebne części, które się zużywają, np. uszczelki.
Wrzosu: Gdy coś się zepsuje, okazuje się, że wbrew pozorom łatwiej jest o części w Meksyku, bo tam garbus był jeszcze niedawno wytwarzany. Ogórek w Brazylii był produkowany jeszcze cztery lata temu i tam jeżdżą ich setki.

Łukasz: Będziecie słuchać muzyki czy raczej nasłuchiwać silnika?

Aga: Będziemy słuchać lokalnych radiostacji. 
Wrzosu: My się podniecamy, słuchając tam nawet reklam.
Aga: Tak. Tam nie masz takich reklam jak u nas, które lecą ci non stop, tylko jest reklama typu: „Hej, zepsuł ci się pierścionek? W miejscowości takiej i takiej, na ulicy tej i tej John naprawia pierścionki. Przynieś, naprawi ci go w pięć minut za jedyne pięć dolarów”. Rewelacyjne.
Wrzosu: I po 100 km jesteś już trzy stacje dalej. 
Aga: Tak. Na całych ziemiach Nawahów są stacje prowadzone przez Indian i tam w radiu lecą tylko ich śpiewy, wszystko w lokalnym języku.

Możemy stworzyć małe mieszkanie w środku auta. Mamy baterie słoneczne, które dają nam pewną niezależność, bo produkujemy swój prąd. Będziemy mieć baniak z wodą na górze, żeby był prysznic.

Łukasz: Czy poza Nowym Orleanem i Los Angeles chcecie wjeżdżać do miast, czy raczej jeździć po bezludziach i parkach narodowych?

Wrzosu: Raczej po bezludziach i parkach. No, może odwiedzimy Seattle i San Francisco, bo chcemy dotrzeć do siedziby Alternative Tentacles (legendarna punkowa wytwórnia Jello Biafry z Dead Kennedys – przyp. red.).
Aga: Chcemy po prostu pożyć w fajnych przestrzeniach. Mnie ciągną pustynne klimaty i naciskałam, żebyśmy dość dużo czasu spędzili właśnie w zachodniej części Stanów. Wrzosu też uwielbia bezludzia i pustynie, ale oprócz tego ciekawią go tereny leśno-jeziorne w Kanadzie. Nastawiamy się głównie na kontemplowanie przyrody, jednak chcemy też zobaczyć Nowy Jork, mimo że nie przepadam za dużymi miastami. Jednak głupio byłoby nie skorzystać z okazji.
Wrzosu: Wiadomo, chcemy zobaczyć legendarny hotel Chelsea i oznaczyć kilka miejsc związanych z filmami. Ostatnio byliśmy w Roy’s Café na Route 66, gdzie kręcono „Autostopowicza”.  I jechaliśmy Mulholland Drive.

Marcin: Bierzesz z sobą gitarę basową?

Wrzosu: Nie. Zrobiłem raz krótki eksperyment – kupiłem basowe ukulele, tylko że kiepskiej jakości, i oddałem po dwóch tygodniach. Pewnie wezmę zwykłe, do tego kupiłem dwuoktawową klawiaturkę sterującą, ale skupię się chyba tylko na tym ukulele, bo to niby prosty instrument, ale fajne rzeczy można z niego wyciągnąć. Planujemy uruchomić vloga i myślałem, żeby robić muzykę do filmów, które będziemy publikować, ale wątpię, żeby mi starczyło czasu. Będę więc przemycał muzykę, którą zrobiłem z różnymi zespołami.

Łukasz: Książki też bierzecie?

Aga: Mam przygotowane fiszki i książkę do nauki hiszpańskiego. Przez ostatni rok uczyłam się tego języka – trochę w związku z naszym wyjazdem. Z innych książek pewnie wezmę powieść Nicka Cave’a „Gdy oślica ujrzała anioła”.
Wrzosu: Ja lubię drukowane książki, ale weźmiemy raczej czytnik Kindle – nie mamy aż tyle miejsca, by wozić papier.

Marcin: Dokąd chcecie dojechać najdalej – do Meksyku?

Aga: Najdalej do Gwatemali. Taki jest plan, ale to się wszystko okaże na miejscu. Rok to niby dużo czasu, ale jak zaczynasz planować, okazuje się, że nie ma go aż tyle. Nie chcemy robić dziennie zbyt długich tras – po 500 km, bo musimy gdzieś tam dotrzeć. Chcemy się rozejrzeć, cieszyć drogą, zatrzymać się, jeśli zobaczymy coś ciekawego. Przenocować w motelu. Ostatnio spaliśmy np. w miejscowości Granta, w której są więzienie i kopalnia uranu. Znaleźliśmy motel tańszy niż kemping – na drzwiach karteczka „no refunds”, po wejściu do pokoju zrozumieliśmy dlaczego: pożółkła lodówka, jedna przepalona lampka i karaluchy. Spali tam robotnicy, którzy podjeżdżali pick-upami, często ludzie pracujący na terenie więziennym.
Wrzosu: Taka metoda zawsze dobrze się sprawdza. Gdy ktoś mnie pyta np. o Paryż: „Byłeś w muzeum jakimś tam?”. Ja odpowiadam: „Nie, ale za to byłem w 10 innych świetnych miejscach, których nie ma na mapie”.
Aga: I piłeś z kloszardami wino pod mostem na Sekwanie (śmiech).
Wrzosu: Tak! Podczas ostatniej amerykańskiej podróży bez planu trafiliśmy też do Salton City w Kalifornii, wymarłego kurortu nad jeziorem Salton Sea.
Aga: Niesamowita historia z tą miejscowością. Powstała w latach 30., a w latach 50. i 60. była alternatywą dla drogiego Palm Springs. Bogacze z Los Angeles przyjeżdżali tam do kurortów, na żaglówki, jachty, pola golfowe. Nagle w tym jeziorze zaczęło wzrastać zasolenie i wszystko obumarło. Teraz jak się wjeżdża do Salton City, uderza zapach psujących się ryb, bo cały brzeg jeziora jest wysypany rozkładającymi się rybami i szkieletami.
Wrzosu: Niesamowity widok, bo z daleka wydaje się, jakby plaża była wysypana białym piaseczkiem jak we Francji, a gdy podejdziesz bliżej, okazuje się, że to kości.
Aga: Do tego ruiny tych luksusowych niegdyś hoteli i wypożyczalni jachtów.

Łukasz: A po powrocie z Meksyku, którędy planujecie wracać na wschód?

Wrzosu: Z Meksyku wyjeżdżamy do Teksasu, potem będą Nowy Orlean i Tennessee. Chcemy wjechać też na Florydę i potem będziemy się trzymać wybrzeża. Zależy nam, żeby zobaczyć plantacje bawełny nad Missisipi. W Meksyku najwięcej czasu chcemy spędzić na Jukatanie. Tam planujemy zimować przez mniej więcej dwa miesiące. Znalazłem informację, że budują tam bazę dla „vanlifersów” – ludzi mieszkających w vanach – i podobno za pomoc przy budowie można się rozbić, korzystać z mediów, łazienki. Może tam zacumujemy na zimę, bo trochę strach obozować w Meksyku zupełnie na dziko. Chcemy też przejechać przez miasto Meksyk, wjechać do miejscowości Puebla, gdzie jest fabryka Volkswagena. Tam wyprodukowano naszego garbusa. Może jeszcze Acapulco…

Łukasz: W jaki sposób podróżowaliście po Stanach ostatnim razem?

Wrzosu: Samochodem z wypożyczalni. To był intensywny wyjazd – przez ledwie trzy tygodnie zrobiliśmy 10 tysięcy kilometrów. Teraz chcemy przejechać cztery razy tyle przez rok, więc liczymy, że nie jest to nazbyt ambitny plan. Nie będziemy się spieszyć. Chcemy oszczędzać auto, a także spokojnie cieszyć się podróżą. Tak można zobaczyć najwięcej.
Aga: Chcemy też pochodzić po górach, bo bardzo to lubimy. Liczymy, że się uda w Yosemite i na Alasce. Chcemy też zejść większość kanionów w Stanach.

Marcin: Ile pali wasz ogórek?

Wrzosu: W trasie schodzi poniżej 10 litrów, ale gdy jedzie się nim szybko. Jest do tego przygotowany, ma dwulitrowy silnik. Można nim rozpędzić się nawet do 120-130 km/h, ale my zwykle jeździmy między 80 a 100 km/h.

Marcin: Macie poczucie, że jesteście w pełni gotowi?

Wrzosu: W aucie jest lodówka, prysznic zewnętrzny, baterie słoneczne.
Aga: Mamy wszystko, co potrzebne. Mamy gdzie się wyspać, jak się umyć, będziemy mieć też chłodzenie, żeby wieczorem wypić zimne piwo.

maj 2019

wrzosy_wybor-tft18

MARKA SAMOCHODU: Volkswagen Transporter.

MODEL: T2ab, tzw. ogórek przejściówka.

SILNIK: 2.0 benzyna.

CZĘŚCI NA ZAPAS: Nie bierzemy dużo: podstawowe części elektryczne (cewka, aparat zapłonowy, regulator napięcia, pompa paliwowa), klocki hamulcowe, linki gazu, sprzęgła, hamulcowe i wszelakie uszczelki.

MODYFIKACJE: Mocniejszy silnik o pojemności 2.0 l. Dłuższa skrzynia biegów. Dodatkowa zewnętrzna chłodnica oleju. Automatyczna gaśnica w komorze silnika. Baterie słoneczne 2x100 W, dodatkowy akumulator żelowy i regulator, który rozdziela prąd na oba akumulatory w wybranej proporcji. Nowe gniazda USB i zapalniczkowe, wiatrak, transformator z 12 na 230 V. Lodówka 12/230/gaz. Pożyczone od kolegi wygodniejsze fotele z zagłówkami. Bagażnik dachowy plus „trumna“. Prysznic zewnętrzny. Łóżko z wersji camperowej (westfalia). Szafki, pawlacz, stoliki i panele w części salonowej.

PRZEWIDYWANY CZAS PODRÓŻY: 12 miesięcy, około 45 000 km.

CZEGO SIĘ OBAWIACIE: Wszystkiego! Najbardziej tego, jak bez nas poradzą sobie nasze mamy i czy po powrocie damy radę wrócić do starego życia.