Szanowni Państwo! W naszym serwisie wykorzystujemy pliki cookie. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookie oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Jeśli nie wyrażają Państwo na to zgody, prosimy o dokonanie stosownych zmian w ustawieniach przeglądarki internetowej.

Wyspy możliwości

Na Reunion ucieka przed rekinami na szczyt wulkanu, Sri Lankę przemierza wagonem towarowym z listami Witkacego w kieszeni, a na Zanzibarze przestaje liczyć czas. Olga Reszelska – pełna radosnej energii – z zadziwiającą konsekwencją wciela w życie kolejne swoje pomysły zawodowe i podróżnicze.

_MAM4731

Z wykształcenia graficzka, zyskała uznanie jako autorka znakomitych ilustracji do książek dla dzieci, jednak od kilku lat, wraz z siostrą, szefuje wydawnictwu Filia, które wydaje m.in. bestsellery Remigiusza Mroza. Każdą wolną chwilę poświęca na aktywny wypoczynek – najczęściej w towarzystwie męża i dzieci.

Mamy rozmawiać o wyspach, książkach, rowerach i wakacjach z dziećmi – nie wiem, jak się uda to wszystko połączyć. Zacznijmy od wysp na Oceanie Indyjskim, bo kolejno odwiedzaliście Reunion, Sri Lankę i ostatnio Zanzibar.

Wyspy są wspaniałe – nagle zdajesz sobie sprawę, że wystarczają ci dwie sukienki, strój kąpielowy, buty – i możesz cieszyć się życiem. Taki był Zanzibar – nic tam nie musisz mieć.

W planowaniu wycieczki na Zanzibar był ponoć istotny impuls literacki – czyli książka Małgorzaty Szejnert.

Zdecydowanie tak, „Dom żółwia. Zanzibar” – tę książkę przeczytałam zaraz po jej wydaniu, kilka lat temu, i od razu byłam pewna, że musimy tam trafić. Wówczas jednak dzieci były za małe, więc podróże planowaliśmy raczej nieodległe. Nie mieliśmy też możliwości finansowych, żeby swobodnie wyjeżdżać, dlatego Zanzibar musiał poczekać. Oczywiście niedawno do książki Szejnert wróciłam, przeczytałam ją tuż przed wyjazdem, bo takie podróżowanie z książką jest najfajniejsze: pozwala zintensyfikować czas, przeżywasz to, co zdarza tobie, ale współodczuwasz też z bohaterami książkowymi. A czasem te światy się przenikają! Nam wydarzyła się fajna historia: pojechaliśmy do Kamiennego Miasta, starówki w Zanzibarze, stolicy wyspy. Naszą uwagę zwrócił szyld starego studia fotograficznego gdzieś w bocznej uliczce, więc weszliśmy i oglądaliśmy zdjęcia. Poznaliśmy miłego faceta, właściciela, który zaczął nas pytać, skąd jesteśmy. Gdy dowiedział się, że z Polski, sam zaczął wspominać, że była u niego pani profesor, która napisała książkę i wykorzystała w niej wiele zdjęć z jego zakładu. I dopiero wówczas skojarzyłam, że czytałam o tym miejscu. Spędziliśmy u niego trochę czasu, wdaliśmy się w miłą rozmowę, kupiliśmy u niego trzy stare fotografie – bardzo ładne. Było nam miło, że spotkaliśmy człowieka, którego wcześniej poznaliśmy dzięki książce.

Czy po Szejnert sięgnęłaś, bo ciekawił cię Zanzibar, czy autorka?

Po prostu chętnie czytam reportaże, a Małgorzata Szejnert to legenda tego gatunku. Poza tym o tej książce swego czasu się sporo mówiło. Pewnie zachęcił mnie jeden z przyjaciół albo jakaś recenzja. Mam nawet dwa egzemplarze tego tytułu – jeden w domu, w Poznaniu, a drugi na wsi – w naszym letnim domu.

Zamysł był taki, żeby podążać śladami Szejnert?

Zanzibar to nie jest duża wyspa, ale my mieliśmy zbyt mało czasu na takie plany – byliśmy tam zaledwie tydzień. Chcieliśmy polecieć do Jambiani, bo przeczytałam, że to jest taka mała wioska na południowym wschodzie, w której nie ma zbyt wielu turystów. I rzeczywiście – to cichy zakątek, rozrzucone wzdłuż drogi niewielkie domki tubylców i trochę pensjonatów przy linii brzegowej. Jest tam niemal pusto.

Gdy otwieraliśmy okno tarasowe, słyszeliśmy furkot żagli i huk oceanu – miało się wrażenie, że ocean wlewa się do domku. To był ogromny „power”!

Zanzibar to z pewnością nie jest turystyczny tygiel. Z drugiej strony ten żółw Szejnert to metafora bezdomności. Reportażystka odkryła, że żółwie nie mogą wrócić do miejsca swojego urodzenia – jak to mają w zwyczaju – bo Zanzibar zamienia się w turystyczne zagłębie i miejsce, w którym przychodziły na świat, są już zabudowane przez hotele.

Oczywiście. Choć jest tam przepięknie, nie mam złudzeń, że to nie jest stan pierwotny i na pewno kilkanaście lat temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Jednak osadnictwo i turystyka na wyspie mają swoją specyfikę i ograniczenia. W latach 80. i 90. przyjeżdżało tam trochę ludzi z marginesu, także z bohemy artystycznej, i wynajmowali domki. Zanzibar nie pozwala obcokrajowcom na kupno posiadłości, dom można jedynie wydzierżawić. Tubylcy dostają dom w wieczyste użytkowanie za darmo od rządu i od nich można go wynająć – zainwestowało tam sporo Polaków. Na Zanzibarze mają nieco inne podejście do własności niż ludzie Zachodu – może przez to wyspa przyciąga odmieńców. Dla mnie to naprawdę magiczne, fascynujące miejsce. 

A nie jest czasem tak, że Zanzibar – podobnie jak Kuba – pobudza tęsknotę za czasami minionymi, gdy wszyscy byli młodsi, nie było korpoturystyki, i przez to nie zauważa się ciemniejszych stron tamtejszej rzeczywistości?

Trudno nam ocenić, bo my korzystaliśmy z turystycznych atrakcji – wcześnie rano mieliśmy zamówioną taksówkę, która zabierała nas na plażę, tam czekała na nas łódka, którą płynęliśmy na bezludną wyspę, przewodnicy mieli dla nas owoce, przygotowywali dla nas grilla. Wiemy, że nie tak wygląda codzienne życie, byliśmy tam gośćmi. Jednak oni wydają się nadzwyczaj życzliwi. My sporo jeździmy i czasem czuć w ludziach fałszywy entuzjazm, a tu nie mieliśmy takiego podejrzenia. Raczej towarzyszyło nam poczucie dużej życzliwości i prawdziwej troski o to, czy nam się ich wyspa podoba.

Może dlatego, że oni są przyzwyczajeni do różnych kultur? Przecież tam są silne wpływy arabskie, brytyjskie, hinduskie.

To jest muzułmański kraj, 90 proc. ludności wyznaje islam, kobiety chodzą w burkach, ale ta odmienna kultura w żaden sposób nas nie ograniczała. Owoce morza mogliśmy popijać winem, a wieczory na plaży spędzać z butelką piwa.
 
Zanzibar długi czas był pod rządami Omanu, jednak potem połączył się z Tanganiką – odmienną kulturowo. Wyspa ma autonomię, swój parlament, a z Tanganiką łączy ją przede wszystkim kabel z prądem.

Kilka razy w historii zdarzył im się zresztą blackout. Czasem na wyspie nie ma prądu, najdłużej taki okres trwał nawet trzy miesiące. Oni mają też świadomość ekologiczną – także w kontekście turystycznym. W archipelagu jest wyspa, gdzie można tylko dopłynąć łódką i wszystko jest eko – szałasy, baterie słoneczne, toalety.

A czy widać śmieci?

Nie ma na szczęście torebek foliowych, bo nie można ich wwozić – nawet z walizek musieliśmy usunąć. Za to nie mają problemu, by pod nogi wyrzucić banana – pewnie przywykli, że ich śmieci są organiczne, choć czasem pewnie analogicznie wyrzucają też butelki.

Czy mieszkańcy Zanzibaru starają się wykorzystać popularność Freddiego Mercury’ego, który się tam urodził? 

Nie bardzo. Przy jego miejscu urodzenia w Kamiennym Mieście jest po prostu mała tabliczka i chyba nigdzie indziej nie widzieliśmy żadnych śladów piosenkarza.

Nie ma ręczników, badzików, kubków? W Azji wszędzie można kupić gadżety z Bobem Marleyem, Bruce’em Lee, Snoop Doggiem.

Tam nie – gdybyśmy nie wiedzieli, że Freddie stamtąd pochodzi, to z pewnością na miejscu byśmy tej informacji nie znaleźli.

Może biznes zacznie się na fali popularności filmu „Bohemian Rhapsody”?

Możliwe, ale na razie jedyne pamiątki to bransoletki, chusty, szale, ewentualnie jakieś gadżety z hasłem „hakuna matata” i figurki disneyowskiego króla Juliana z filmu „Madagaskar”. Wszędzie też można dostać przyprawy.

Czy zostały ślady angielskiej spuścizny?

Tak, to jest widoczne – przede wszystkim w Kamiennym Mieście. Jest Dom Brytyjski, dom Livingstone’a, którego Stanley szukał nad jeziorem Tanganika – to z tamtych czasów pochodzi sławna scena spotkania i przywitania: „Doctor Livingstone, I presume?”. W katedrze anglikańskiej podobno jest serce Livingstone’a – tak piszą niektóre przewodniki, choć czytałam, że jednak zostało wysłane do Anglii. Tak czy inaczej, wyraźne są ślady historii, dawnych przygód – to działa na wyobraźnię.

A jak lokalna kuchnia?

Wyobraź sobie, że dwukrotnie odwiedziliśmy restaurację prowadzoną przez ludzi z Polski, bo czytaliśmy, że mają świetną lokalną kuchnię. Przy plaży wynajęli pensjonat, zatrudnili miejscowego kucharza i rzeczywiście panuje tam superklimat, a jedzenie jest fantastyczne. To połączenie różnych tradycji: trochę hinduskiej, trochę afrykańskiej. O dziwo, sporo w tej kuchni brokułów i kalafiora – dużo tam tego uprawiają i jedzą. Oprócz tego jest sporo manioku, ryżu, no i oczywiście są ryby i owoce morza! Spacerując plażą, wszędzie widzisz chłopaków, którzy przynoszą te skarby prosto z oceanu. Na Zanzibarze dwa razy dziennie jest odpływ i przypływ – ocean oddala się o kilka kilometrów i nagle robi się wielkie plateau. Wówczas miejscowi wychodzą na łowy. Kobiety mają jakieś swoje uprawy – rośliny, glony, przyprawy na kijkach – i to zbierają, a chłopaki lecą po ośmiornice i tego typu przysmaki – zanoszą je prosto do knajpy. Takie ryby z dniowego połowu, długo i starannie przygotowywane, są pyszne.

Może to z powodu odpływów nie ma tam aż takich tłumów turystów? W Tajlandii te wyspy, gdzie morze odpływa, są niejako „upośledzone” turystycznie wobec miejsc, gdzie można się kąpać cały dzień.

Możliwe, że to ludzi odstrasza – ocean im ucieka i nie mogą się potaplać. Mnie akurat te przypływy i odpływy zachwycały. Za to powszechne są sporty – to mekka dla amatorów kitesurfingu, na wybrzeżu wschodnim są takie spoty, gdzie zlatują się ludzie z całego świata. Podczas odpływu jest przez parę godzin płytko, do tego dobry wiatr, więc czasem w tym rajsko-dziewiczym krajobrazie pojawiają się setki żagli. Podobnie w Jambiani, gdzie wynajęliśmy willę nad samym oceanem. Tam, gdy otwieraliśmy okno tarasowe, słyszeliśmy furkot żagli i huk oceanu – miało się wrażenie, że ocean wlewa się do domku. To był ogromny „power”! Ja uwielbiam ocean, ale o trzeciej-czwartej nad ranem nie dało się spać, tak intensywny był ten szum. Na ocean trzeba zresztą uważać – Szejnert opisuje historię, że żywioł porywał domy z brzegu. My raz źle oceniliśmy przypływ i mieliśmy problem, by wrócić z kolacji. Ostatniego dnia umówiliśmy się wieczorem w jednym z barów, a przypływ wyjątkowo przyszedł wcześniej i był większy, więc zrobiło się trochę niebezpiecznie. Musieliśmy się wspinać na klif, oczywiście uważając, żeby jakaś mocniejsza fala nie rzuciła nas na skałki, krzaki czy płot.

Na ślady rekinów natykasz się tam wszędzie, na każdej plaży są tabliczki informujące o zagrożeniu, wszyscy znają historie rodem z filmu „Szczęki”.

Ocean Indyjski oswoiliście już wcześniej na Reunionie.

Tak, choć to był nieco przypadkowy wyjazd, niejako w ciemno. Napisał do nas kumpel, który mieszka z rodziną w Niemczech, ale siostra jego żony jest lekarką w Paryżu. Reunion to francuska wyspa i lekarze z Paryża są tam czasem wysyłani na kontrakty do szpitala. Szwagierka tego naszego kumpla była tam właśnie w tej roli, ze swoim francuskim mężem na kontrakcie, i zaprosili go na sylwestra. A on zapytał nas, czy nie chcemy dołączyć. Zadzwonił któregoś wieczora, szybko sprawdziliśmy podstawowe informacje o Reunionie i spontanicznie podjęliśmy decyzję – od razu kupiliśmy bilety. A potem doczytaliśmy nieco więcej: okazało się, że Reunion choć wspaniały, ma ogromny problem z rekinami. Na ślady tych zwierząt natykasz się tam wszędzie, na każdej plaży są tabliczki informujące o zagrożeniu, wszyscy znają historie rodem z filmu „Szczęki”: córka rybaka wyszła na plażę z pieskiem, weszła po kolana do wody i rekin ją porwał. Wydaje się, że każdy w rodzinie ma tam taką historię. I to oczywiście ogranicza plażowanie. Są tam niby miejsca otoczone rafą koralową – zabezpieczone siatkami, które uchodzą za bezpieczne, ale niepokój pozostaje. Mimo to na Reunionie było świetnie, bo nasi gospodarze pokazali nam wspaniałe miejsca.

Co zapamiętałaś szczególnie?

Reunion to wyspa wulkaniczna, wulkan Piton de la Fournaise jest cały czas aktywny, ale dość przewidywalny. Wyrzuca lawę, która płynie jedną, utartą ścieżką i wpada do oceanu, nie robiąc większej rozróby. Niegdysiejsza aktywność wulkanu jednak ukształtowała pejzaż – tam są tzw. cyrki, powulkaniczne wąwozy czy też kratery w górach, w większości niedostępne dla samochodów. Dzięki temu Reunion to cudowna wyspa dla tych, którzy uwielbiają trekking, wspinaczkę, tego typu przygody. Nasi gospodarze zabrali nas na jeden ze szczytów, Dimitile – oni i my byliśmy z dziećmi, a trasa okazała się niełatwa. Nasze dzieci miały wcześniej zaprawę w Tatrach, ale tutaj czasami się baliśmy, gdy na półkach skalnych trzeba się było przytrzymać linki…

Łańcucha?

Jaki tam łańcuch! Raczej drucik… więc były emocje. Ale panowała świetna atmosfera i wszystko się udało. Na szczycie tej góry było miejsce pamięci niewolników – na wyspach Oceanu Indyjskiego ta tragiczna historia jest nadal żywa – także na Zanzibarze. A potem spaliśmy w schronisku pod szczytem góry – bez elektryczności, na zgrzebnych pryczach, były okna – ale bez szyb, więc przewiewnie. Mieliśmy wrażenie, że śpimy w środku niczego. Miejsce prowadziło dwóch sympatycznych Kreoli (na wyspie przeważa ludność mieszana), którzy raczyli nas świetnym lokalnym jedzeniem – też gotowanym powoli – soczewicą, kurczakiem. Śpiewaliśmy też francuskie piosenki. Świetna przygoda.

Pewnie spotkaliście zbyt wielu Polaków?

Reunion ma połączenie lotnicze chyba tylko z Paryżem. Pewnie można się też jakoś tam dostać z Madagaskaru, bo to nie jest daleko. To wyspa dla tych, którzy lubią aktywnie spędzać czas, a nie chillout. Poza pięknymi pejzażami, naturą, nie jest też specjalnie egzotyczna, jeśli chodzi o organizację życia. Na Zanzibarze na lotnisku nie ma klimatyzacji, jest rozgardiasz, ktoś zabiera twoje dokumenty, czeka się na wizę, nie wiadomo, jak długo, a Reunion to jednak część państwa francuskiego, więc mają nowoczesne lotnisko, zadbane miasteczka, trochę jak na Maderze. Za to natura jest fascynująca – te cyrki i wulkany, choć szczyty często zasłania mgła.

Z oceanicznych wysp została nam jeszcze Sri Lanka. Ja pobyt tam wspominam fantastycznie.

„Wyspa łza”, rzeczywiście piękna. Przed podróżą przeczytałam oczywiście książkę Joanny Bator o tym tytule. W antykwariacie kupiłam też stare wydawnictwo „W płomieniach Cejlonu”. Wspaniałą lekturą jest też korespondencja Witkacego i Bronisława Malinowskiego – oni zatrzymali się na Sri Lance. Malinowski płynął na kongres antropologiczny do Australii i zabrał Witkiewicza, żeby go pocieszać po samobójstwie jego narzeczonej Jadwigi Janczewskiej. Stasiu był wówczas ponoć w kiepskim stanie psychicznym. To była jego pierwsza tak daleka wyprawa – pisze, także do ojca, z ogromnym zadziwieniem. Nieopierzony podróżniczo, wysiada w Kolombo i opisuje odmienny świat, obserwuje ludzi, gwiazdy – to bardzo urokliwe. Jakaś para blogerów podróżniczych dotarła nawet do domu, w którym oni nocowali na Cejlonie.

Też zaczynaliście w Kolombo? Niezbyt urokliwe miasto.

Tak, ale nie zabawiliśmy tam ani chwili. Sri Lankę zwiedzaliśmy ze znajomymi i z lokalnym przewodnikiem, Nazarem, muzułmaninem z Sri Lanki, który w latach 90. studiował w Warszawie. Okazuje się, że sporo Lankijczyków uczyło się w Polsce. I to Nazar organizował nam przejazdy – wypożyczył busa z kierowcą, umówił transport kolejowy. Jazda lokalnym pociągiem była superfrajdą. Byliśmy w górskim Nuwara Eliya, tzw. mieście świateł, gdzie bardzo nam się podobało. Spotkaliśmy tam ludzi z całego świata i jedliśmy wspaniałe, pikantne jedzenie. Stamtąd ruszyliśmy w niemal pięciogodzinną trasę koleją. Nie było miejsc, wszystko zapakowane, gęsto, siedzi niemal jeden na drugim, ale z konduktorem Nazar załatwił, że możemy jechać w wagonie, w którym przewozi się owoce i warzywa. Siedzieliśmy więc na workach z bananami, przy otwartych drzwiach i bardzo nam się podobało.

Co jeszcze zapamiętałaś?

Dwa ostatnie dni spędziliśmy w małym hoteliku z niewielką restauracją – tuż przy plaży, ogromne fale, ocean jest tam groźny i burzliwy, bywa niebezpiecznie. Zresztą żywa jest tam pamięć o tsunami z 2004 roku – zginęły wówczas dziesiątki tysięcy ludzi, widać miejsca pamięci, pomniki. Podobało mi się też współistnienie religii – chrześcijaństwa, buddyzmu, hinduizmu. Czasem na jednym placu stoją trzy świątynie obok siebie. Chociaż w świetle ostatnich wydarzeń, kolejny raz okazuje się, że dawne konflikty zostały uśpione tylko na chwilę. Sri Lankę spotkała kolejna wielka tragedia. Czas względnego spokoju był bardzo krótki. Wcześniej, do 2009 r., toczyła się tam wojna domowa – wojsko walczyło z Tamilskimi Tygrysami. Jest taki poruszający reportaż na ten temat, „Do dziś liczymy zabitych” Francesa Harrisona. Harrison opisuje wydarzenia na Sri Lance jako dotkliwą porażkę ONZ, które wycofało się z wyspy w kluczowym momencie i doszło tam do ludobójstwa. Nie wiadomo jeszcze, kto stał za ostatnimi, kwietniowymi zamachami. Trzeba pamiętać jednak, że terroryzm nie ma koloru skóry, religii ani narodowości. Terroryzm to odrażający akt, który uderza w niewinnych ludzi. Może zdarzyć się w każdym miejscu, w każdej grupie, w każdym politycznym „umocowaniu”. Trzymam kciuki za Sri Lankę, mam nadzieję, że przyjdzie czas spokoju i bezpieczeństwa. To piękna wyspa, którą zamieszkują wspaniali i życzliwi ludzie.

W biurze wydawnictwa Filia

KSIĄŻKA NA DROGĘ: Najchętniej papierowa, zwykle reportaż, ale z racji zawodu, czytam też dużo propozycji wydawniczych, zatem bez kindle’a się nigdzie nie ruszam.

MUZYKA NA DROGĘ: Raczej audiobook, samoloty i pociągi to świetna okazja do posłuchania ciekawych opowieści.

NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE: Zanzibar – przypuszczałam, że to wyjątkowa wyspa, ale to, co tam zobaczyłam, przebiło moje wyobrażenia.

W CO SIĘ PAKUJECIE: Zależy, dokąd jedziemy. Walizki na kółkach lub plecaki.

CZYM ROBISZ ZDJĘCIA? Olympusem E-M10.

NAJLEPSZE JEDZENIE: Mule nad oceanem, na granicy Francji i kraju Basków. Parujący garnek muli, z bagietką, popijanych chłodnym, francuskim winem. Być może dlatego ta kolacja pozostała mi w pamięci, że wieńczyła jeden z naszych dłuższych wyjazdów rowerowych, trasą zamków nad Loarą, który był dość wyczerpujący.

MOMENT W PODRÓŻY: Takich momentów było mnóstwo. Z czasów „przed dziećmi” wspominam świetną wyprawę rowerową, jesienią na Węgry, do Tokaju, i chwilę, gdy chcieliśmy trochę odpocząć. Rzuciliśmy rowery, położyliśmy się na suchej ziemi jednej z węgierskich winnic i zajadaliśmy przejrzałe winogrona prosto z krzaka. Innym razem, już z małymi dziećmi i ze znajomymi dojechaliśmy w nocy na pole namiotowe gdzieś w Bieszczadach. Deszcz lał, ziemia zapadała się prawie do kostek, tak mokro było, a nasze doświadczenia namiotowe były nieco, hmm, zakurzone. A jednak udało nam się rozbić namioty, dzieciaki były zachwycone tą przygodą, a my spędziliśmy przefajny wieczór, popijając wino z Biedronki prosto z butelki.